| Start | Super Packer | Atari Graphics Studio / AGS | Graph2Font / G2F | Mads |   http://madteam.atari8.info  
SKŁAD GRUPY
PRODUKCJE
scena
gry
użytki
vbxe
SPRZĘT
Sio2SD/Pajero
Sio2SD/Rocky
Stereo/Pajero
GTIA/Psychol
ARTYKUŁY
DEMO EFFECTS
LINKI
   

Lizard/Aids
SillyVenture 2000 - jak się robi party
Syzygy #8

O SillyVenture 2000 dało się słyszeć jeszcze w roku 1999, czyli na długo przed świętami Wielkanocnymi, w okresie których miało ono miejsce. Invitki dostępne były na wszystkie platformy, od XL/XE po Falcona. Oprócz tego w Internecie założona została oficjalna strona imprezy, na której oprócz samego zaproszenia zamieszczane były co jakiś czas news'y dotyczące zlotu, listę osób, które zapowiedziały swoje przybycie oraz wiele innych informacji mniej lub bardziej związanych z party. Jakby tego było mało, ukazało się ogłoszenie w ogólnopolskiej gazecie, rozmiarów uniemożliwiających jego przeoczenie. Jak widać nie dało się "nie zauważyć" tego zlotu i wydawać by się mogło, że frekwencja dopisze... I dopisała, tyle że od strony zagranicznych gości oraz ludzi nie zwązanych z Atari.

Organizatorem całego zamieszania był Grey/Mistic Bytes, który podszedł do imprezy bardzo profesjonalnie i nic nie można mu zarzucić. Wbrew scenowym zwyczajom znanym ze zlotów multi i ostatniego ChwaSTa najpierw załatwiał, później się chwalił. Dzięki takiemu podejściu nie było wielkich rozczarowań.

Teraz konfrontacja teorii z praktyką, czyli czego nie było, a powinno i co było, a nie powinno.

Party place mieściło się dużej szkole położonej dość daleko od dworca co można by uznać za minus, gdyby nie bezpośredni dojazd dwoma liniami tramwajowymi. W szkole prócz samego party place, otwartych zostało kilka sal lekcyjnych, które służyły jako sleeping roomy. Sale te położone były w bezpiecznej odległości od hali głównej, dzięki czemu nie docierały do nich niepożądane dźwięki partyzantów. Jeśli komuś zależało na higienie osobistej, to mógł skorzystać z jednego z ośmiu prysznicy (do tylu udało mi się doliczyć ;-) Dość sporym mankamentem był brak barku, przez co trzeba było ganiać jakieś 300 m do sklepu, czynnego tylko przez pierwszy dzień imprezy. Niestety taki urok świąt.

W zapowiedziach była wzmianka o przeglądzie dostępnej atarowskiej prasy. "Przegląd" to za duże słowo dla tego czym to było naprawdę. Cały "przegląd" polegał na tym, że w koncie leżalo kilka starych pism (niektóre z nich ukazują się do dzisiaj, aczkolwiek większość od dawna jest już nieaktywna), które można było sobie przejrzeć, gdyż o czytaniu raczej ni mogło być mowy z powodu języków w jakich były wydane (holenderski, szwedzki, chociaż był też STFormat - pismo wydawane kiedyś w Anglii po angielsku ;-). Polacy nie byli gorsi. Na party można było nabyć pierwszy numer Atari Fana - pismo WSZYSTKICH użytkowników Atari niezależnie od procesora, zegara, pamięci...

W trakcie imprezy można było nabyć po promocyjnej cenie 35 DM (normalnie 50 DM) polską wersję ST-CADa. Mimo, że program działa na zwykłym ST, to robi wrażenie. Jest to permanentny dowód na to, że do dobrego oprogramowania nie potrzeba drogiego sprzętu z beznadziejnym systemem. Na miejscu można było też skorzystać z oferty Paskuda i zakupić interface IDE do ST prdukcji Paskuda oraz kupić i/lub wymienić gry na Jaguara.

Na początku party i w trakcie kompotów obecni byli dziennikarze, dzięki którym o imprezie mogła dowiedzieć się cała Polska. Nie sądzę, by ich obecność miała jakiekolwiek znaczenie, zwłaszcza mając w pamięci relację ich kolegi po fachu z Poznania.

Brak Milana II, najnowszego klonu Atari. Niestety, człowiek z Niemiec, który zapowiadał swą obecność na 100% nie dojechał, więc nie było możliwości pobawienia się tym cackiem.

Autokar udostępniony przez prezydenta Gdańska na pięć godzin za kompletną darmochę. :-))) Dzięki niemu niektórzy mieli okazję zwiedzenia miasta, wyrwania się z party place lub po prostu wybrania się na piwo nad morzem.

W niedzielę przez cały dzień puszczane były na big screenie filmy. Pomysł wspaniały, lecz warunki do oglądania były co najmniej ciężkie - przez niezasłonięte okna wdzierało się słońce. Jednak przy odrobinie wysiłku i dobrej woli dało się zobaczyć to i owo. Absolutnym hitem był South Park.

Mali Atarowcy z powodu braku dem na konkursy mieli możliwość zaprezentowania starszych produkcji. Należą się tu duże podziękowania dla Greya, który nie dość, że sam zaproponował taki pokaz, to później nie próbował go w jakikolwiek sposób przerywać. Dzięki temu duzi Atarowcy mogli w całości obejrzeć wszystkie znaczące produkcje. Pokaz rozpoczął się oczywiście od Asskickera zapowiedzianego jako demo, które nadało nowy kierunek tworzenia dem na naszej scenie. Później można było obejrzeć tradycyjny repertuar. Największe oklaski zebrała Ultra, dzięki jakości efektów (na big screenie wyglądały o niebo lepiej niż obecne fajerwerki) oraz muzyce, która wyróżniała się spośród pseudo psychodelicznych pisków atarowskich "muzyków". Uznanie zyskało również Vengeance oraz Total Daze za ostatni efekt (przez pomyłkę, która dość szybko została naprawiona ;-). Całą prezentację zamknęło Impossible But Real, w którym MacGyver umieścił moduł ze starej produkcji na ST.

Konkursy odbyły się na wszystkie platformy ale nie we wszystkich kategoriach. Na nasz komputer odbyło się tylko msx compo, na którym zaprezentowane zostały trzy songi, z czego w dwóch maczał palce Miker. Na ST/F030 odbyło rzecz jasna więcej konkursów w tym demo compo na Falcona, które wygrała grupa Mistic Bytes ze swym demem.

Przez większą część imprezy partowicze zdani byli wyłącznie na siebie, dzięki czemu każdy miał czas na zawieranie nowych znajomości, picie piwa i naukę języków obcych. ;-)

* * *

Przygotowania na party rozpocząłem na dzień przed oficjalnym terminem. Wtedy to dowiedziałem się od Wuerpa, że ten nie jedzie na imprę z powodu braku gotówki. Po szybkim przeliczeniu gotówki zaoferowałem mu drobną pomoc w postaci biletu w JEDNĄ stronę z wyraźnym zastrzeżenieim, że o kasę na wjazd, przeżycie i powrót będzie musiał zatroszczyć się sam. Ponieważ Wuerpe na leży do tej normalnej części społeczeństwa, która robi to na co ma ochotę nie zważając na koszty i ryzyko, uznał taką opcję za bardzo interesującą i stwierdził, że pieniądze nie mogą stanąć na przeszkodzie dobrej zabawy. Podobnymi kategoriami myśli Deadman/Lamers (Amiga), który korzystając z darmowych przejazdów pociągami PKP zaoszczędził pieniądze na wjazd (tylko na wjazd :-). W ostatniej chwili namyślił się również Miker, który od samego początku zarzekał się, że nie jedzie. W ten oto sposób, już w dniu rozpoczęcia imprezy, powstała czteroosobowa grupa przyszłych partyzantów. Cały wyjazd był organizowany w wielkim pośpiechu, przez co zapomaniałem zabrać z domu wydrukowanej invitki, dzięki której mieliśmy dostać się na part place. Na szczęście Wuerpe pamiętał ulicę, a ja cyferki - numer budynku i linie tramwajowe. Nazwę szkoły, w której odbywała się impreza, przypomnieliśmy sobie wspólnymi siłami.

W nocy z piątku na sobotę wszyscy spotakliśmy się na dworcu, by po kilku minutach znaleźć się w przedziale wagonu. Deadman zabrał ze sobą pięciolitrową butlę wina domowej roboty, przy której nie sposób było zasnąć. :-) Jak nie trudno jest się domyśleć prawie cała butelka została opróżniona jeszcze w pociągu. Podróż upłynęła spojnie, na gadaniu, piciu, wymyślaniu nazwy dla nowo powstałej grupy, piciu, paleniu papierosów, piciu, umilaniu podróżnym podróżnej drzemki wrzaskami, piciu...

Po dotarciu do Gdańska udaliśmy się na przystanek omijając kiosk, którym sprzedawano bilety komunikacji miejkiej. Po jednym papierosie przyjechał tramwaj i zaczęło się śledzenie nazw przystanków. Gdy wysiedliśmy udaliśmy się w kierunku szkoły. Trochę kłopotów sprawiło nam znalezienie wejścia, gdyż teren placówki oświatowej jest dosyć rozległy, a my dotarliśmy do miejsca, z którego nie było widać wejścia. Po chwili dołączył do nas Paskud, który nadchodząc z lewej strony, dał nam do zrozumienia, że należy udać się w prawo.

Znaleźliśmy wejście. W środku pusto. Skierowaliśmy swe kroki do hali głównej, w której również było raczej pusto. Cóż, zegarek wskazywał godzinę z przedziału otwartego (6:30; 7:00). Było pusto, ale nie aż tak pusto, by nie było roztawionych kompów. Nie było ich jednak na tyle dużo, by nie mógł zauważyć nas MacGyver, który ma tę ciekawą właściwość, że nie śpi, gdy inni śpią. :-) Po czułym przywitaniu zabrałem się do rozpakowywania swoich bagażów: pidżamka w kaczusie, suszarka do włosów, podusia... Sorry, pomyliłem torby przy wychodzeniu z domu i zabrałem: Atari 65XE (szt. jeden), HDD 170MB (szt. jeden), SpartaDOS X (szt. jeden), TV color (szt. jeden), kable (szt. niechcemisięliczyć); stacji nie brałem bo ciężka. Albo ja się tak wolno rozkładałem (normalny człowiek potrzebuje kilka tygodniu), albo wszyscy śpiący wyczuli moją obecność, bo zanim się rozłożyłem na sali zebrali się wszyscy uczestnicy imprezy. :)

Z pośród obecnych udało mi się wygrzebać kilku znajomych, m.in. Peta i Draco. Party zaszczycił również swoją obecnością Jacek Żuk (konstruktor interface'u IDE do malucha) ze swoją najmłodszą córką! W czasie tych wszystkich powitań i uścisków poznałem osobiście dzięki Wuepre'owi Seabrusha (MSB) i Psyco znanych z #atari8 na IRCu. Po ceremonii powitania udałem się ze swoimi towarzyszami podróży i MacGyverem do sklepu na śniadanie. Mój pierwszy posiłek tego dnia składał się z nalewki cytrynowej i niepamiętamco. Nalewka była miodna (tzn. cytrynowa, ale bardzo smaczna) więc dość szybko pozostała po niej tylko butelka. Nie czekając na nagły atak pragnienia udałem się po następną. Tym razem towarzyszył mi Seabrush, który okazał się potem moim najlepszym uczniem. ;-) Niestety i ta została szybko opróżniona, więc dla odmiany dokonałem cudu zamiany pieniędzy w piwo (nie wino). Nie wiem jak to się stało ale w trakcie drugiej wizyty w sklepie wszyscy poznali me drugie imię i nagle stali się podejrzanie bardzo bogobojni. ;-) Po posiłku załatwiłem formalności z Greyem za co w nagrodę dostałem od niego całkiem ładny identyfikator (do wglądu w mojej rezydencji).

Następnym punktem mojej wycieczki okazała się konwersacja ze Szwedami. Trzeba przyznać, że to bardzo pobożny i wesoły naród. Przy okazji okazało się, że Wuerpe potrafi nawet sensownie powiedzieć coś po angielsku. :-) Tak o tym wspominam, gdyż związana z tym pewna dość śmieszna sytuacja, ale o tym we właściwym czasie. Gdy tak sobie miło gaworzyłem dotarło do mnie info o wypadzie do miasta "prezydenckim" autokarem.

Wycieczka po Gdańsku składała się ze standardowych punktów:

1. Westerplatte

Na samo wzgórze nie dotarliśmy, lecz po dojechaniu na parking podeszliśmy kawałek i zeszliśmy na kamieniste wybrzeże. Na plaży zapragnąłem przyjżeć się morzu z bliska co zakończyło ześlizgnięciem się niemalże do wody. Na szczęście zamoczeni uległy same nogawki i to tylko z przodu. Buty, pozostała część mojej garderoby, no i oczywiście ja, pozostały suche.

2. Plaża

Ponownie odwiedziliśmy plażę. Tym razem wyłożona była złocistym piaskiem. Teraz nie krępowałem się ani trochę. Zdjąłem buty, podwinąłem nogawki (co i tak niewiele pomogło) i przespacerowałem się po morzu. W tym samym czasie dwóch Szwedów, nie potrafiących chodzić, rozebrało się do naga i wzięli kąpiel, jakby nie było prysznicy na party.

3. Molo w Gdańsku

Czy wiecie, że nie tylko w Sopocie jest molo? Jest również i w Gdańsku. Ja dowiedziałem się o tym dopiero po dotarciu na miejsce.

Molo, jak to molo, kawałek sztucznego lądu wysuniętego w morze. Przespacerowawałem się po nim razem z Draco i Jackiem, po czym udaliśmy się na piwo.

4. Starówka

Najpiękniejsza część każdego szanującego się miasta. Co tu dużo opisywać. Spacer bardzo standardową trasą. Ulic nie pamiętam, ale ci co byli kiedykolwiek lub mieszkają w Gdańsku znają tę trasę, a tym co nie znają tego miasta ulice i tak nic nie powiedzą, wystarczy wspomnieć, że zaliczyliśmy przemarsz pod Żurawiem Gdańskim.

Cała wycieczka zajęła pięć godzin, czyli tyle na ile Grey dostał autobus. Po powrocie zostaliśmy zdani sami na siebie. Nie to, żeby Grey uciekł do domu na noc. Pojechał tam po tam, by sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszly prace na kompoty (prace można było nadsyłać e-mailem).

Jako, że nikt się mną nie zajmował wyszedłem przed budynek szkoły, gdzie w trakcie rozmowy niefortunnie stłukłem gościowi piwo. Zbierając szkło, skaleczyłem się w palec. Dla mnie to nic nowego, ale moi zagraniczni rozmówcy wpadli w panikę jak by mi co najmniej rękę urwało. Nie zważając na ich troskę pobiegłem do sklepu w celu zadośćuczynienia straty piwa.

Wieczorem obudził się Wuerpe, którego zmogło jeszcze przed wypadem do miasta. Sen mu jednak nie zrobił najlepiej, bo postanowił napisać ze mną intro. Miała to być jedyna produkcja koderska na osiem bitów na tym zlocie. Zabraliśmy sprzęt w ustronne miejsce, by w ciszy i spokoju napisać wspólne dzieło... Jednak zamiast twórczo pracować, zaprezentowaliśmy kilka produkcji obcokrajowcom. Na koniec skatowaliśmy ich Owcą 1 i 2. Obydwie części bardzo przypadły im do gustu, gdyż byli już w odpowiednim nastroju do tego typu produkcji. ;-) Po prezentacji zabraliśmy się w końcu do kodowania. Ponieważ jednak miałem za sobą ciężki dzień, to w ciszy i spokoju poszedłem spać na swoją kosmiczną karimatę...

Rano obudziłem się na podłodze obok karimaty. Na tejże spał Wuerpe. Łobuz mnie z niej zepchnął i sam się na niej położył zamiast się grzecznie przytulić. ;-)

Ranek jak zwykle okazał się koszmarny. Optymizmu nabrałem dopiero po wzięciu prysznica. Ponieważ sklep był tego dnia zamknięty, to Grey zaoferował Wuerpe'owi, Mikerowi i mnie przejażdżkę na stację benzynową, gdzie zaopatrzyliśmy się w bardzo skromny prowiant. Wracając, nasz kierowca pokazał nam znak drogowy na osiedlu. Było to białe koło z czerwoną obwódką, a w środku litery PC. Znaczenie chyba każdy zna... :-))) Jest to nowy znak wprowadzony przez Grey specjalnie na czas i miejsce party. Proponuję go upowszechnić.

Przedpołudnie spędziłem na słodkim nieróbstwie i dopijaniu wódki Draco, która jeszcze została z poprzedniego dnia. W tym czasie pojawili się nowi partyzanci w osobach: Gepard, Darth, Dracon i VLX. Gepard robił sobie jaja z Mikera, a Darth nawracał Deadmana.

Po powrocie wróciłem do kontemplacji rzeczywistości, gdy w pewnym momencie Wuerpe przyprowadził do mnie 505 z Checkpoint (ST/F030), który wpadł na pomysł napisania songa na Atarce. Ja udostępniłem sprzęt, Wuerpe objaśnił obsługę, a Miker - tworzenie instrumentów. Tu doszło do zabawnego incydentu, gdyż okazało się, że Miker, pomimo wieloletniej nauki angielskiego, gorzej radzi sobie z tym językiem od Wuerpe, który z angielskim miał do czynienia tyle co kot napłakał. :-))) 505 przyniósł słuchawki stereofoniczne, które musiał podpiąć do gniazda mono w moim telewizorze. Mimo użycia instrumentów Mikera, warunków (dźwięk tylko w jednej słuchawce) i użycia trzech kanałów (przyzwyczajenie z ST) wyszedł mu całkiem zgrabny song.

W czasie, gdy 505 tworzył swoje dzieło, na big screenie puszczane były filmy. To była chyba najgorzej zorganizowana część imprezy. Przede wszystkim filmy nie były w żaden sposób zapowiedziane, tak więc obejżało je mało osób. Do tego jeszcze to koszmarne słońce...

Po filmach do rzutnika dorwał się MacGyver z Petem i puszczali atarowskie dema, podczas których amigowcy i część ośmiobitowców skutecznie zagłuszała muzykę. Pokaz trwał jakieś 90 minut.

Następną częścią party były kompoty, otwarte przez msx compo na Atarynkę. Wygrała koprodukcja Mikera i Seabrusha. Kawałek 505 zajął drugie miejsce. Gdyby pewien osobnik oddał votkę, to pierwsze miejsce zająłby 505... Osobnik został już ukarany surową naganą. ;-) W następnej kolejności poszły kawałki chipowe na ST, 4 i multi channel compo (jak zwykle królowały klimaty techniczne), grafiki 16-to kolorowe i true color, intra na ST i Falcona oraz na końcu demo compo na F030. Były trzy produkcje na ten sprzęt. Wygrała zasłużenie grupa Mistic Bytes z demem, w którym zaprezentowała scenę liczoną w czasie rzeczywistym. Demo wyróżniało się nie tylko efektami, za które odpowiedzialny jest Sqward, ale i design'em opracowanym przez Greya. Było jeszcze wild compo (odpowiednik naszego crazy demo compo), na którym można bylo wystawiać wszelkiego rodzaju prace (grafiki, moduły, dema, itp.) niezależnie od platformy. Warunkiem dopuszczenia było stworzenie pracy na sprzęcie Atari. Warunek ten dotyczył wszystkich konkurencji. Kopmpoty były niestety, podobnie jak pokaz filmowy, przeprowadzone dość chaotycznie. Przy konkursach muzycznych i graficznych kilka prac było puszczonych w złej kolejności, a multi-channel compo przypominało bardziej odpalanie dema na grzybie niż konkurs na Atari - albo co chwila zmieniano playera, albo Falcon Greya pokazywał złowieszcze bombki (bynajmniej nie choinkowe).

Dzień sądu ostatecznego

Ostatniego dnia większość ludzi opuściła party place jeszcze przed ogłoszeniem wyników, przez co kilka osób na pewno zostało zaskoczonych niespodziewaną przesyłką z Polski. SillyVenture było moim pierwszym party, na którym osoby nieobecne, a których prace zajęły premiowane miejsca, dostały nagrody.

Ponownie pojawił się VLX, który zabrał Wuerpe'a i mnie na molo. Pożyczył też Wuerpe'owi kasę na powrót do domu. Dzięki temu gestowi, Wuerpe mógł wrócić razem ze wszystkimi, inaczej pewnie by człapał do Warszawy do tej pory. ;-) [znaczy się do planowanej premiery zina czy tej prawdziwej? :) - Vasco]

Po opuszczeniu miejsca imprezy przez ostatnich uczestników, nastąpiło wielkie sprzątanie. W tym jakże fascynującym zajęciu uczestniczyli: Grey, Sqward, Wuerpe, Deadman, Seabruch, Psyco i ja. W trakcie sprzątania, znalazła się duża ilość jedzenia nadającego się do spożycia, z czego skorzystały pozostałe niedobitki, kilka złotych w drobniakach i trzy małe, nie otwarte, piwa!

Po przywróceniu porządku wysłaliśmy Deadmana do Gdyni, by wsiadł wcześniej do pociągu i zajął przedział. Sami zaś oddaliśmy się medytacji.

Nadeszła godzina wyjazdu. A raczej minęła godzina wyjazdu. W pewnym momencie zrobiło się na tyle późno, że nie zdążylibyśmy na dworzec. Wywalczyliśmy więc u Greya, by ten podwiózł nas do pociągu. Odbyło się to ze szkodą dla Sqwarda, który musiał pozostać jeszcze w szkole, gdyż miał tę noc spędzić w miesz- kaniu Greya, a nie mógł się zabrać z nami z powodu braku miejsca w samochodzie.

Na dworzec dotarliśmy dziesięć minut przed pociągiem, tak więc czasu było wystarczająco dużo, by zakupić bilety i znaleźć właściwy peron.

Deadman, zgodnie z naszą umową, zajął przedział w przedostatnim wagonie. Gdyby tym razem złamał umowę i zająłby przedział w drugim wagonie od końca, wszyscy bylibyśmy mu wdzięczni, gdyż wagon ten wypełniony był bardzo ładnymi widokami, a tak musieliśmy śmierdzieć we własnym krajobrazie...

Co to były za widoki i dlaczego śmierdzieliśmy, pozostawiam Twoim domysłom czytelniku. :->

* * *

Mimo kilku problemów w trakcie konkursów SillyVenture 2000 było najlepiej zorganizowanym party na jakim byłem. Niech żałuje ten, kto nie był. Jeśli już mogę mieć do kogoś pretensje, to tylko do tych, którzy mogli, a nie byli - sceny małego Atari.

Co było przyczyną absencji?

Brak kasy? Sam miałem zrezygnować z tego powodu, jednak udało mi się wykombinować gotówki więcej niż potrzebowałem na dzień przed imprezą. Skorzystał na tym również Wuerpe. Zresztą jego osoba jest najlepszym przykładem, że jak się chce, to można.

Święta? A od kiedy to wszyscy stali się nagle tacy wierzący i świątobliwi? Na co dzień wyśmiewacie kościół, a jak przychodzi co do czego, to uszy po sobie i siedźmy cicho, bo ksiądz wytknie na kazaniu i rodzinka będzie krzywo patrzeć. I jak spędziliście te święta? Z rodziną przy stole, bezmyślnie wgapieni w telewizor. Jak co roku! Bardzo twórczo spędzony czas. :-\

Droga wiejściówka? A co mają powiedzieć ludzie, którzy poprzyjeżdżali z Angli, Skandynawii, Holandii, Czech, Słowacji? Więcej ich kosztowała podróż niż sam pobyt w Polsce. Przy takiej organizacji i atrakcjach czuję jakbym na tym wyjeździe zarobił, a nie stracił! Można było przecież przyjechać na dzień lub dwa. Wjazd wyniósł by wtedy odpowiednio mniej (15zł za dzień). Zdecydowana większość osób tak uczyniła. Poza tym ze wszystkimi można się dogadać, gdyż każdy ma rozum we łbie a język w gębie. O, przepraszam, widać jednak nie każdy. Tutaj znów mogę podać przykład osoby, która za pobyt zapłaciła połowę ceny.

Rozumiem, że nie każdy jednak mógł się zjawić z przyczyn niezależnych, bądź też pośrednio zależnych. Ale nie rozumiem dlaczego nie pojawili się ci, co krzyczą, że nasza scena zamiera, że Atari 4ever, czy rulez. Teraz nie dziwię się wcale Jagerowi, który pisze w Seriousie, że więcej przyjemności sprawia mu siedzenie przy Amidze i spędza przy niej coraz więcej czasu. Nie dziwię się też Jurgiemu, który psy wiesza na tych wspaniałych kumplach, którzy mają Atari gdzieś po złapaniu grzybicy... mózgu.

Nasza scena zamiera właśnie dzięki takim dupkom, którym nie chce się ruszyć tyłka na kilka dni, by okazać innym, że jesteśmy i "We won't vanish..." - jak głosi hasło z notesów wykonanych specjalnie na

SilliVentuere 2000.

We won't vanish - Nie znikniemy - specjalnie dla naszej martwej, bezmózgiej sceny przetłumaczył

Lizard/Aids

 

madteam.atari8.info © MadTeam, hosted: www.atari8.info